niedziela, 12 października 2008

Dyplom Honzy Zamojskiego, STARTER 29.09.2008







Zapis dwóch projektów: WE CAME FROM BEYOND (listopad 2007, Galeria STARTER, Poznań) i WE GO FAR BEYOND (czerwiec 2008, Poznań, Warszawa, Oborniki Śląskie, Kostrzyn Wielkopolski) w formie publikacji, która zawiera rozmowy ze wszystkimi uczestnikami projektów oraz eseje autorstwa Michała Lasoty, Magdy Korcz i Mariki Zamojskiej, Krzysztofa Łukomskiego, Kuby Bąka i Honzy Zamojskiego i dokumentację fotograficzną.

Książka kosztuje 40 zł i została wydana tylko w 300 egzemplarzach (format 150x225 mm, 288 stron, oprawa twarda płócienna z obustronnym tłoczeniem, pl/eng).

Zainteresowanych kupnem prosimy o kontakt z autorem: honza.zamojski@gmail.com

piątek, 10 października 2008

madeinpoznan festival 2.0 wystartował...

STARTER, jako jeden z organizatorów, potwierdza plotki - festiwal powstał z desperacji i wściekłości wobec tego, co w tym mieście się dzieje, wobec nudy i bezwzględności urzędniczych stołków, którzy wolą rozdawać znanym i lubianym, niż postawić na nową inicjatywę...
Chociaż może do urzedników pretensji mieć nie należy - taka natura, takie kompetencje, takie układy. Chyba należy mieć pretensje do siebie, że mało nas widać, że za cicho działamy, nie wrzeszczymy, nie krzyczymy... Przydałby się jakiś drobny skanal, może przynajmniej media miałyby okazję wspomnieć, ale na jaki skandal nas stać, skoro i tak budżetu nie mamy:)

Dlatego już po raz drugi w tym roku, około 30 niezależnych organizacji i animatorów kultury wzięło festiwal w swoje ręce, a jak wiadomo w grupie siła - chyba nie mogą nas nie zauważyć. Skutecznie przeprowadzona "akcja budzik" powinna w tym pomóc - przygotowaliśmy przesyłki zawierające budzik-niespodziankę, dla wszystkich decyzyjnych w mieście. Myślę, że ogłuszajacy dźwięk jaki z siebie wydały punktualnie o 14:00 postawił ich na nogi.

Do 25.10.2008 festiwal trwa, i ma się czym pochwalić - www.madeinpoznan.org.

wtorek, 30 września 2008

undead gallery i dead myślenie?


Po spotkaniu na Chłodnej 25 pt. Undead Gallery, zorganizowanym przez Monikę Weychert i Piotra Stasiowskiego, z całą pewnością mogę stwierdzić, że warto rozmawiać;) ale głównie po to by dopracować formułę tego typu spotkań i nie krążyć wciąż wokół tych samych kwestii, utrzymując się na jednym poziomie-wszechobecnej beznadziei.
Gdybym nie wybrała się na to spotkanie, do tej pory pewnie trwałabym w niewiedzy totalnej z głupim uśmiechem na twarzy, na szczęście dziś już wiem: jest źle i będzie jeszcze gorzej...uff, czyli po staremu.

Ale od poczatku...zaczęło się od prezentacji galerii (które czasem mocno się przedłużały) a także sprytnego "self marketingu" niektórych artystów, a skończyło na utyskiwaniu na wszechogarniającą rzeczywistość...
Oberwało się właściwie wszystkim i już nie wiadomo kto przyjaciel a kto wróg, przez chwilę można było się poczuć jak w "czwartej rzeczypospolitej".
Potem opuściłam część dyskusji by nadrobić zaległości w aktualnych stołecznych wydarzeniach artystycznych, (choć nie wiem co słabsze to marudzenie czy drzewko życzeń Yoko Ono.)
Po powrocie niewiele się zmieniło... pojawiły się głosy narzekające na brak środków, połączone z niechęcią do ich pozyskiwania (sic!).
Ale najgorętsza dyskusja miała dopiero wybuchnąć, dotyczyła bowiem finansowania naszych działań; odezwały się silne głosy z instytucji publicznej- CSW, a także małych galerii o tym, że częściowa komercjalizacja działań tzw. niezależnych galerii spowoduje wstąpienie na straszną drogę, z "której nie ma odwrotu" i pozbawi nas swobody w działaniach, bo "sztuka to nie towar".oooo!
Kuratorzy z CSW (podśmiewając się w ostatnim rzędzie z niektórych wypowiedzi) z jednej strony mający trochę pretensje, iż nie ma zasad przechodzenia młodych artystów z małych galerii do większych instytucji, z drugiej strony mocno korzystający z ich wysiłków, by na koniec zastrzec, że art machina za szybko się kręci a artyści nie są gotowi na sukces, choć zapraszają ich do swoich projektów(próżno szukać logicznego klucza). Dziwię się, że nie nakreślili nam strategii działania na nalbliższy rok, może coś pod tytułem "Art Prowincja 2009" czy coś takiego.

Upraszczając nieco, często przydługie, obfite w dygresje, wywody uczestników dyskusji, dowiedziałam się również, że:
fundrising nie bardzo sę opłaca, bo jednak powoduje pewną zależność (od pieniędzy podatników...czyli nas wszystkich)
sprzedaż to zdecydowanie samo zło, (choćby nawet umożliwiało organizację kolejnej wystawy, bez kasy od miasta, sponsorów, MKiDN czy okrutnych deweloperów;)
A może należało rozpocząć spotkanie od banalnej wymiany kontaktów, stworzenia wspólnej bazy adresowej, lepsze to od biadolena (choć w takim gronie zawsze głupio wyrywać się z prostymi rozwiązaniami)...nie wypada..słucham dalej.

Powoli narasta we mnie złość, wkurza mnie to, że wszyscy utrzymujemy nasze przedsięwzięcia z różnie pozyskanych środków, a rozmowa o pieniądzach jest cały czas nie na miejscu (patrz Magda Kownacka z f.a.i.t, tłumacząca się z częściowo komercyjnej działalności swojej fundacji).
Przecież ważne jest to by nikt nikt nie ingerował w program i nie łamał konstytucyjnego prawa do wolności wypowiedzi, nie chcę popadać w przesadną euforię, ale ta ogólna żałoba też nie była uzasadniona.
Zależności jest o wiele więcej niż nam się wydaje i nikt nie jest absolutnie wolny i niezależny- jest to "oczywista oczywistość", a jednak w podsumowaniu dyskusji takiego stwierdzenia zabrakło. Przestańmy żyć w naszych małych utopiach i poszukajmy wspólnych rozwiązań, adekwatnych do warunków w jakich żyjemy.
Zamiast wiecznie się oburzać na otaczającą rzeczywistość (gardzenie nią przecież nas z niej nie wykluczy), może właściwiej byłoby wymienić się doświadczeniami z pozyskiwania funduszy i w ten sposób pomóc umarłym już miejscom, zamiast je opłakiwać. A martwieniu się i prezentacji dorobku możnaby poświęcić inne spotkanie.
Spróbować wspólnie wywierać naciski na organizacje wyższego szczebla, może nawet na ustawodawcę, by próbować coś realnie zmienia (znowu zalatuje utopią), wiem, ale nie widzę innego rozwiązania, bo przecież mimo trudności większość z nas pozostanie w tym obiegu:), więc czy nie lepiej przynajmniej spróbować mieć pewien wpływ na rzeczywistość i zamienić marazm na działanie.

Odnosząc się do jeszcze innego problemu poruszonego w czasie dyskusji, uważam, że nigdy nie będziemy w stanie, w kwestiach sztuki i pewnego "radzenia sobie z nią", ustalić jakichkolwiek granic (taką chęć- zdaje się prowokacyjnie wyrazii na początku spotkania organizatorzy). Nie ma również takich reguł i prawideł wg których moglibyśmy wszyscy działać po powrocie do naszych lokalnych inicjatyw, z tego prostego powodu, że samorządy, ludzie w nich pracujący a także ogólna ludzka przychylność i dobre chęci różnią się w wielu miastach i trudno ustalić coś raz na zawsze w jednym miejscu i potem to stosować.
A co do wspomnianego na początku drzewa życzeń, to chyba życzyłabym sobie i wszystkim uczestnikom tego spotkania by mieć więcej dystansu a mniej nadęcia i żalu, więcej robić (wspólnie) i mniej narzekać (wspólnie). Tak czy inaczej czekamy (STARTER) na kolejne spotkanie, tak by zaobserwwać jakikolwiek progres w naszym myśleniu o małych- niezależnych (od czegoś tam)- znowu to nieszczęśliwe słowo- galeriach. Wydaje mi się, że w wielu istotnych kwestiach mamy wspólne cele i na tym należy skupić nasze wysiłki.
a organizatorom dziękujemy za zaproszenie;) mimo wszystko